Przed momentem znalazłem w skrzynce rachunek od mojego ulubionego dostawcy, na szczęście jedynie podstawowego pakietu usług telefonicznych. Nie było by w tym nic wartego komentowania, gdyby nie pewien drobny detal dotyczący dat.


Otóż o ile wiem osoba otrzymująca rachunek w postaci faktury VAT, ma czas na zapłatę, to jest 2 tygodnie od daty wystawienia faktury. Prawda, że pięknie? W dwa tygodnie spokojnie można sobie tą sprawę załatwić i mieć problem z głowy.
Na fakturze jednak stoi jak byk – Termin płatności: 22.06.2007
Szybkie zerknięcie na datę wystawienia faktury: 08.06.2007, datę stempla pocztowego: 15.06.2007 oraz upewnienie się, że dziś istotnie jest 21.06.2007 i trafia mnie szlag…
Oczywiście, chwila logowania się na konto w banku, parę kliknięć i sprawa załatwiona, ale sam fakt, że z 2 tygodni na opłatę pozostało mi dni sztuk 1 (wczoraj sprawdzałem skrzynkę dwukrotnie przed i popołudniu) jest co najmniej śmieszny.
Już się nawet nie zamierzam czepiać poczty, chociaż też się nie popisali dostarczając list z Katowic do Krakowa (max 1,5 godziny drogi dla nie zorientowanych) w 6 dni.
Ale sam fakt, że faktura została nadana tydzień po wystawieniu… teraz dokładając do tego fakt, że za każdy dzień spóźnienia naliczane są odsetki rzuca jeszcze więcej światła na sytuację. Przecież gdy przemnożyć to przez choćby 1mln takich osób, to nawet z 1gr robi się całkiem ciekawa sumka.
I jak tu nie nazwać ich złodziejami?